Mieczysław Jordanowski

Jordanowski Mieczysław

1928 - 2010

Społecznik

Mieczysław Jordanowski urodził się 27 maja 1928 roku w Świeciu w rodzinie żołnierza zawodowego Aleksandra Joppka i jego żony Marii z domu Kuklińskiej. Ojciec Mieczysława niebawem, po jego narodzinach przeszedł do rezerwy i podjął pracę w cywilu. Mietek był najmłodszym z trójki braci. Najstarszym był Franciszek (1921), a średnim Bronisław (1923).

Naukę w szkole powszechnej Mieczysław rozpoczął w roku 1935 w Świeciu. Uczęszczał do niej dwa lata, do przedwczesnej śmierci ojca w 1937 roku.

Po śmierci męża matka została z trójką nieletnich synów sama. Za namową znajomej przeniosła się do Bydgoszczy, gdzie znalazła pracę w restauracji. Joppkowie zamieszkali przy ulicy Kordeckiego i mieszkali tam przez całą wojnę, a potem do 1946 roku. W Bydgoszczy Mieczysław ukończył szkołę powszechną.

Jeszcze w czasie wojny, w Bydgoszczy pracował i uczył się zawodu. Z tamtych czasów nauki zawodu pozostało Mu zamiłowanie do porządku. Zawsze musiał mieć wszystkie narzędzia ułożone „pod sznurek”. Denerwował się czasem, w późniejszych latach, na syna, jak ten nie tak położył młotek, klucz lub śrubokręt. To zamiłowanie do porządku przenosił z narzędzi na ksiązki i inne rzeczy układane na półce lub w szufladzie. Wszystkie książki, zdjęcia, dokumenty musiały być skatalogowane.

W czasie wojny Jego dwaj starsi bracia zostali wywiezieni na roboty do Niemiec. Po pewnym czasie najstarszy Franciszek, jeszcze w czasie wojny, uciekł z robót i wrócił do domu, natomiast średni Bronisław, pozostał i po wojnie osiedlił się w Anglii.

Franciszek na robotach w Niemczech poznał dziewczynę i zakochał się. Miłość była tak wielka, że po wojnie ją odnalazł i wzięli ślub.

Był rok 1946. W Bydgoszczy żyło się im ciężko. Dlatego Franciszek pojechał na „Zachód” zorientować się jak tam jest, czy rzeczywiście, tak jak ówczesna wieść niosła była to kraina gdzie mieszkań i pracy było pełno. Dojechał do Słupska, tutaj mu się spodobało, przy ulicy Niemcewicza „zaklepał” mieszkanie i pojechał po żonę. Do Słupska oprócz żony Heleny, przywiózł matkę Marię i brata Mieczysława. Trzeci brat w tym czasie był w Anglii. Po wyzwoleniu przez Amerykanów miejscowości, gdzie był na robotach, wystapił do Wojska Polskiego, a po wojnie osiadł na Wyspach.

Mieczysław w Słupsku podjął pracę w słupskiej Fabryce Narzędzi, późniejszym FaMaRolu najpierw jako goniec, a po kilku miesiącach pracownik kontroli jakości.

1 września 1947 roku rozpoczął naukę w nowo otwartej Państwowej Szkole Przemysłowej Fabryki Narzędzi. Tutaj wraz z innymi „przerośniętymi”, którym wojna uniemożliwiła naukę, uczył się zawodu.

Nauczycielką Mieczysława była Aleksandra Trzeciak, która stała się dla uczniów wielkim autorytetem. Po śmierci swojej wychowawczyni, która nastąpiła w 1977 roku uczniowie ufundowali pomnik nagrobny i do dzisiaj sprawują opiekę nad grobem. W ich imieniu Mieczysław Jordanowski, będąc radnym Rady Miejskiej w Słupsku złożył inicjatywę nazwania jednej z ulic Słupska imieniem tej wspaniałej kobiety.

Po ukończeniu „Przemysłówki” Mieczysław poszedł do wojska. Na komisji wyciągnęli mu korespondencję z bratem Bronisławem, który mieszkał w Anglii. Szczególnie pastwili się nad nim, pokazując fragment listu, w którym przestrzega brata przed przyjazdem do Polski. Za to został skierowany do odbycia służby w kopalni „Wujek” na Śląsku. Należał do tej grupy młodych ludzi, którym ojczyzna, za „niewłaściwą postawę patriotyczną” nakazała, spełnić obowiązek obrony ciężką pracą pod ziemią. Katorżnicza służba trwała trzy lata i cztery miesiące. Nie pogodził się z tym nigdy, to zapewne ukształtowało jego dalsze poglądy życiowe. W Słupsku, przez wiele lat, utrzymywał kontakty z wieloma podobnymi mu żołnierzami-górnikami.

Po wojsku, wrócił do swojej fabryki i rozpoczął naukę w słupskim Technikum Mechanicznym dla Pracujących Ministerstwa Przemysłu Maszynowego, którego dyrektorką była Aleksandra Trzeciak. Wielki szacunek dla Pani Aleksandry pozostał Mieczysławowi Jordanowskiemu do końca życia.

Po ukończeniu technikum i zdaniu matury rozpoczął; pracę w biurze konstrukcyjnym. W międzyczasie podnosił swoje kwalifikacje kończąc najróżniejsze kursy i doskonaląc się na licznych szkoleniach. W pracy był ceniony za fachowość i uczciwość.

Na początku lat pięćdziesiątych został przeniesiony do nowopowstałej komórki przy fabrykach sprzętu rolniczego podległej Ministerstwu Rolnictwa o nazwie Komisja Odbioru Technicznego. Został przewodniczącym tej komisji w Słupsku. W Komisji Odbioru Technicznego pracował do emerytury, na którą przeszedł w 1991 roku.

W podobnej komisji w Szczypiornie pracowała Maria, Jego przyszła żona. Był rok 1958. Na jednym z wyjazdowych szkoleń „wpadła w oko” Mieczysławowi i to tak skutecznie, że spędzili z sobą dalsze 51 lat. Ślub odbył się w słupskim ratuszu w dniu 23 grudnia 1959 roku, a w kwietniu 1960 roku w rodzinnej miejscowości Marii - Opatówku wzięli ślub kościelny.

W 1961 roku przyszedł na świat syn, a w 1965 roku córka.

Był taki czas w życiu Mieczysława i Marii, że zapragnęli zmiany nazwiska z Joppek na Jordanowski. Jordanowski, to ze strony żony. Nazwisko zostało zmienione, ważne że inicjały pozostały - żartował Mieczysław. Brat Bronisław, też dokonał zmiany, z nazwiska wyrzucił „p”. Dzisiaj na słupskim cmentarzu spoczywa trzech braci: Franciszek, Bronisław i Mieczysław, lecz każdy z nich ma inne nazwisko: Joppek, Jopek i Jordanowski.

W międzyczasie zmieniły się wymogi dotyczące wykształcenia przewodniczącego Komisji, który musiał posiadać wyższe wykształcenie. Pan Mieczysław miał „tylko” maturę, zatem został przesunięty na stanowisko „wiecznego” zastępcy.

Mieczysław Jordanowski był człowiekiem apolitycznym, nie należał do żadnej partii. Nigdy zasady apolityczności nie złamał, nawet wtedy, gdy wytypowano go do wysokiego odznaczenia państwowego warunkując to wstąpieniem do PZPR-u. Do partii nie wystapił a i tak medal z rąk Ministra Rolnictwa Barcikowskiego otrzymał.

Udzielał się społecznie. Był przez trzy kadencje ławnikiem w sądzie. W pierwszej kadencji samorządu sprawował mandat radnego, wtedy z Jego inicjatywy uchwalono nazwę ulicy Aleksandry Trzeciak na Osiedlu Westerplatte.

Jednak całkowicie pochłaniała Go sprawa Esperanto. Zainteresował się tym sztucznym językiem jeszcze podczas służby wojskowej. Należał do Związku, uczył się esperanto, właściwie do śmierci. Był jednym z inicjatorów i wykonawców pomysłu postawienia w Słupsku obelisku twórcy sztucznego, międzynarodowego języka esperanto Ludwikowi Zamenhoffowi. Do dzisiaj głaz ten stoi w parku przy ulicy Jagiełły, w miejscu gdzie kiedyś znajdował się budynek słupskiego teatru.

Esperanto otworzyło Mieczysławowi Jordanowskiemu świat na oścież. Poznał wielu wspaniałych ludzi w Słupsku, kraju i zagranicą. Wysoko sobie cenił znajomość z dr. Stanisławem Zausmerem, zachwycając się jego biegłością w posługiwaniu się esperanto. Nie miał barier językowych w czasie zagranicznych pobytów w gronie ludzi posługujących się tym sztucznym językiem. W domu miał wiele książek i słowników, które studiował dość często i skrupulatnie. Po śmierci Mieczysława Jordanowskiego większość z nich została przekazana do muzeum esperanto. Dzisiaj w mieście żyje niewielu ludzi z licznego kiedyś grona słupskich esperantystów. Związek „rozsypał” się wiele lat temu.

Drugą namiętnością Mieczysława Jordanowskiego była fotografia. W dobie fotografii czarnobiałej było to hobby czasochłonne i drogie. Fotografował krajobrazy, ludzi, dzieci, a… przede wszystkim żonę.

Również zajmował się różdżkarstwem, miał do tego predyspozycję. Był taki okres w życiu Mieczysława Jordanowskiego, że zgłębiał wiedzę o radiestezji. Wszystko co go interesowało wyzwalało w nim ogromną potrzebę dogłębnego zgłębienia wiedzy na ten temat.

Jeszcze do dziś w kącie pokoju stoi różdżka - jakby czekała na swojego „maga”.

Był człowiekiem rodzinnym. Cenił ponad wszystko dom i jego spokój. Żona nie pracowała i zajmowała się córką i synem. Po usamodzielnieniu się dzieci cieszył się wnukami. Miał ich pięcioro. Troje u córki w Szczecinie i dwójkę w Słupsku u syna. Miłość do nich dzielił sprawiedliwie pomiędzy Szczecinem a Słupskiem. Był mężem i ojcem „starej daty”, nie zajmowały Go sprawy zgoła ważne, a dla Niego prozaiczne: do której klasy chodzi syn i córka, jak się uczą, czy wyrośli z butów - to była Jego zdaniem, domena żony. Pewnie wpływ na to miał charakter Jego pracy, polegający na częstych wyjazdach. Częste rozłąki nadrabiał podczas wakacji wyjeżdżając z żoną i dziećmi na wczasy zakładowe oraz na emeryturze poświęcając ją na wyjazdy zagraniczne do niemalże wszystkich krajów Europy.

Był bardzo pogodny, trzymały się Go kawały, którymi obdarowywał wszystkich przy każdej okazji. W życiu pomógł wielu ludziom. Nie chwalił się tym. Czasem dopiero po latach bliscy dowiadywali się o jego filantropijnych wyczynach. Osobiście opiekował się grobem Aleksandry Trzeciak, po Jego śmierci opiekę przejęło miasto.

Chorował na serce, miał wszczepione bajpasy. Zmarł nagle w domu, w dniu 24 maja 2010 roku. Wypadł przez okno. Zapewne zrobiło mu się duszno, otworzył okno aby zaczerpnąć powietrza, gdy się wychylał pewnie zasłabł…

Pochowany został na Starym Cmentarzu w Słupsku przy ulicy Rabina dr Maxa Josepha, na kwaterze 1 rząd 44 miejsce 2A. KSW 417/2010.

Na pogrzeb przyszło wielu ludzi: przyjaciół, znajomych, księży. Godnie pożegnali Mieczysława Jordanowskiego. Mogiłę pokryły liczne wieńce i kwiaty, zapalono znicze pamięci.

Andrzej Obecny
obecny@poczta.onet.pl